STANISŁAW BAREJA (4)
SZCZEROŚĆ W NASZYM KLUBIE TO NORMA

My i oni żyjemy w tym samym kraju. Mówimy podobnym językiem, odżywiamy się podobnie, często mamy tych samych rodziców i krewnych. My żyjemy tu od stuleci, oni mieszkają już 36 lat. Różni nas stosunek do prawdy. To oczywiście nie znaczy, że nie zdarzy mi się czasem zełgać i to potężnie, ale przynajmniej jest mi potem wstyd (...) A oni w ogóle nie znają słowa prawda."

Pamiętnik Stanisława Barei, zapiski z 1981 roku

Mimo upływu lat "Miś" stanowi obok "Rejsu" czołową polską komedię i bezsprzeczne dzieło kultowe (ale kultowe naprawdę a nie jak filmy ogłaszane takimi po paru miesiącach po premierze). W ankietach przeprowadzanych wśród widzów dzieło Stanisława Bareji (nazywanego najczęściej "reżyserem Misia") stale zajmuje wysokie pozycje a film ma ogromna oglądalność. Wyjątkowo liczne zwroty z tekstów z "Misia" weszły do mowy potocznej ze słynna piosenką "Łubudubu, niech nam żyje prezes klubu" na czele. To dzięki temu filmowi zrodziło się określenie kogoś mianem postaci z filmów Bareji.

"Gdyby odrzucić gagi, żarty i dowcipy, moje filmy byłyby bardzo ponure" - mówił reżyser. Stanisław Bareja wiele razy deklarował, że "Miś" jest filmem o wszechobecnym w PRL kłamstwie - nie tylko w gabinetach komunistycznych władców ale również zakorzenionym wśród przeciętnych ludzi. W filmie kłamią bez wyjątku wszyscy. Główny bohater czyli prezes klubu sportowego Tęcza konstruuje skomplikowaną sieć intryg aby odebrać żonie pieniądze złożone w banku w Londynie. Okłamuje zarówno rywali jak i potencjalnych sojuszników. Kłamie nawet goniec udający, ze spożywa obiady w hotelu "Victoria" a w rzeczywistości bezskutecznie usiłujący zjeść puree z dżemem w barze mlecznym "Apis". Jedynym uczciwym bohaterem filmu jest właściciel sklepu mięsnego z Londynu (grany przez Stanisława Bareję).

Ryszard Ochódzki (gra go Stanisław Tym), prezes Klubu Sportowego "Tęcza" toczy walkę z byłą żoną o wspólne konto dewizowe w londyńskim banku. Irena poznała byłego ministra Władka Złotnickiego, rzuciła prezesa klubu, zabrała mu z domu meble, obrazy i rzeźby ("przypadkowo przechodzili z tragarzami"). Aby uniemożliwić wyjazd mężowi wyrywa z paszportu kilku kartek. Ochódzki wspólnie z kierownikiem produkcji filmu Janem Hochwanderem (Krzysztof Kowalewski) załatwia casting na własnego sobowtóra. Dalszy ciąg to realizacja skomplikowanych zabiegów o paszport połączonych z licznymi scenkami ilustrującymi życie realnego socjalizmu.

W "Misiu" tradycyjnie rewelacyjne scenki paradokumentalne spotkały się z wartką i odpowiednio skomplikowaną intrygą. Powstał świat integralnie ukształtowany i przez to wiarygodny - bo widz po wyjściu z kina mógł trafić na sytuacje rodem z "Misia". Dla ukrycia rzeczywistego celu działań bohaterowie "Misia" wykonują najdziwniejsze działania pozorowane. Najdziwniejsze, że niektóre postacie sprawiają wrażenie jakby wierzyły stworzona przez siebie fikcję - prezes klubu "Tęcza" sprawia wrażenie jakby wierzył w szczerość laurkowych informacji pracowników klubu nagrywanych na magnetofon w szafie. głasza się umorusany węglarz Staszek Paluch, wypisz-wymaluj kopia Ochódzkiego...

Zawiłość intrygi w "Misiu" osiągnęła zenit. Inaczej niż w poprzednim filmie, luźne epizody komediowe są tym razem ściśle związne z główną osią fabuły. Scenariusz to mistrzowski przykład, ile przed głównym bohaterem można postawić przeszkód w dotarciu do celu. Ryszard Ochódzki, by osiągnąć przyziemny cel, jakim są dolary złożone w londyńskim banku, zakłada misterną sieć intryg, kłamstw, donosów i przekrętactwa. Nad losami bohaterów unosi się ciężka, śmierdząca aura wszechobecnego kłamstwa. Ochódzki angażuje swego podwładnego, do udawania Romana Polańskiego, dzwoniącego z Londynu; mająca mu za złe ekipa Klubu Sportowego "Tęcza", śle bałwochwalcze peany na jego cześć; Hochwander organizuje casting, nie mający wiele wspólnego z obsadą jego żałosnej produkcji filmowej; ekipa kradnie z planu parówki - bardzo cenne rekwizyty; Ochódzki odbija dziewczynę Hochwanderowi, którą również kantuje na każdym kroku; goniec z filmu udaje, że stołuje się w eleganckiej restauracji, podczas gdy w rzeczywistości walczy o kaszę gryczaną w surrealistycznym barze mlecznym "Apis"; węglarze z pijaną klaczą opychają na lewo węgiel, przekupując milicjanta choinką; stróże prawa stawiają fikcyjne zabudowania, by wlepiać mandaty za nadmierną szybkość na przelotowej trasie; samoloty odlatują z Okęcia o byle jakich porach; ekspedientka w drogerii handluje mięsem spod lady i tak dalej bez końca... Nad tym całym panopticum unosi się wielki słomiany chochoł misia - symbol bezguścia, szmiry, przekrętów, niepotrzebnych inwestycji, pustych rytuałów, pola do popisu dla wszelkiej maści cwaniactwa i chorej, komunistycznej rzeczywistości, gdzie wszystko postawione jest na głowie.

"Miś" to wyjątkowo złośliwa parodia socjalizmu zaliczana przez krytyków do nurtu kina moralnego niepokoju. Mamy liczne i chytrze zakamuflowane ataki na ikony PRL.W filmie nieustannie przewija się świecka tradycja, której szczytowym przejawem jest scena wręczania paszportów w trybie "na poduszkach" (w PRL paszportu nie można było trzymać w domu). W scenie w teatrze ze słynną piosenka okupacyjną "Teraz jest wojna, kto żyje ten handluje" twórca filmu sparodiował widowisko "Dziś do Ciebie przyjść nie mogę" powstałe w latach 60-tych z inspiracji ministra spraw wewnętrznych gen. Mieczysława Moczara i grane w Teatrze Klasycznym w Warszawie. Podczas widowiska padła kultowa kwestia "zobacz synku, tak wygląda baleron". Obiektem żartu stał się kpt.Żbik, bohater wydawanych w latach 1967-1982 na zamówienie Komendy Głównej Milicji Obywatelskiej - tym razem jako porucznik MO Lech Ryś zwany "wujek dobra rada" (Stanisław Mikulski) stwierdzający odkrywczo "Klimat zawsze był przeciwko nam". Słuszne politycznie piosenki wojskowe i festiwal w Kołobrzegu zostały wyśmiane przez utwór o młodym gwardziście widzącym Trasę Łazienkowską wykonany przez piosenkarza masowego ("ja Wam wszystko wyśpiewam"). W polskim kinie chyba nie istnieje bardziej celny i ostry żart z komunistycznego zebrania (z obowiązkowym potępieniem "wiadomych sił") niż scena wiecu filmowców przeciwko "parówkowym skrytożercom" (z czynem społecznym w formie pilnowania kotła z parówkami).  

Coś absolutnie specjalnego to wykład prezesa Ochódzkiego na temat socjalistycznej ekonomii na przykładzie słomianego misia - chociaż w zasadzie ekonomia pełni tu jedynie rolę maskującą temat zasadniczy. Autorzy zbudowali na bazie nowomowy dłuższą wypowiedź, w którym słowo "miś" można zastąpić "socjalizmem". Pierwotnie najlepsze zdanie brzmiało "To jest miś na miarę naszych możliwości a nie potrzeb" (parafraza hasła socjalizmu "każdemu według jego możliwości, każdemu według jego potrzeb") a ostało się "to jest miś na miarę naszych możliwości". Sytaucja o zawyżeniu kosztów wytworzenia słomianego  misia aby zarobić mogli konsultanci, zapewne wzorwoana była na praktykach gospodarczych PRL ("ten miś zbudowany jest w oparciu o sześć społęcznych instytucji. Nikt nie wie do czego służy, więc nie obawiaj się, że ktoś zapyta"). Na stałę weszło do języka polskiego powiedzenie "prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach". 

Dostało się w "Misiu" niektórym kolegom filmowcom. Oczywiście pod nieustannym ostrzałem jest przyszły twórca stowarzyszenia "Grunwald" reżyser Bohdan Poręba czyli kręcący film reżyser Zagajny (cenzura zażądała zmiany pierwotnego nazwiska Porębal). Kierownik Hochwander, który 28 filmów robił o tym, że za sanacji było ciężko ma nazwisko rymujące się z Jerzym Passendorferem, reżyserem m.in. filmów "Barwy walki" (na podstawie pamiętników gen.Moczara) czy "Kierunek Berlin" - 1996-2000 poseł na Sejm RP z listy SLD (po rezygnacji z mandatu przez Aleksandra Kwaśniewskiego po wygranych wyborach prezydenckich). Passendorfer jak wielu innych partyjnych reżyserów nagradzanych przez władze państwowe - parafrazując "Misia" - 28 filmów zrobił o tym jak za sanacji było ciężko i z samych filmów wiedział jak było. Wspaniałym żartem z niedostatku rekwizytów potrzebnych w filmie stanowi scena z kotem wykorzystanym jako zając. Wielokrotnie Bareja jak i inni reżyserzy musieli rezygnować z wielu pomysłów - np. w "Brunecie wieczorową porą" zamiast pościgu samochodowego jest pościg Kowalewskiego za Pokorą uciekającym syrenką ... jadącego na butach po lodzie.

Gdy wiosną 1980 roku doszło do kolaudacji "Misia", cenzorzy zażądali wycięcia około 38 scen, w większości najlepszych w filmie. Pod nóż miały pójść m.in. sceny z milicjantami, teksty piosenek, bar Apis z łyżkami na łańcuchach, wizyta Hochwandera w melinie Staszka Palucha, parówkowa masówka filmowców, genialna scena wręczania paszportów, przepasanie szarfą dziedzica Pruskiego, zdanie "bo o to się rozchodzi, że ten kapitalizm ma tam być może i swoje plusy, ale niech te plusy nie przysłonią wam minusów" czy przedstawienie w teatrze., zdanie "to jest miś na skalę naszych możliwości a nie potrzeb" Jednak mimo, ze strajkujący robotnicy nie dopisali "Misia" jako 22 postulatu, po powstaniu "Solidarności" cenzorzy mieli inne zajęcia i bali się kto zwycięży. Na drugą kolaudację "Misia" pochlebna opinię przysłał Andrzej Wajda. Ostatecznie uzgodniono 7.10.1980 r. kilka poprawek nie wpływających na zasadnicze przesłanie filmu. wiskach, wymawianych z ekranu. Tak oto Nowochódzki (od Nowej Huty) został Ochódzkim, filmowy reżyser Porębal (czytelna aluzja do znienawidzonego, komunistycznego reżysera Bohdana Poręby) przechrzczony został na nie mniej czytelnego Zagajnego, nazwisko innego pupila komuny, aktora Ryszarda Filipskiego (Soroka z "Potopu"a a obecnie w "Kryminalnych" jako inspektor Grodzki), pojawiające się w dialogu Stanisława Tyma, musiało zostać zamienione na "Fronczewskiego chcą ze mnie zrobić". "Miś" otrzymał II kategorię artystyczną. Film został pokazany na festiwalu Polskich Filmów fabularnych  Gdańsku ale nie otrzymał żadnej nagrody.W 1980 Bareja wraz ze Stanisławem Tymem zaczął wydawać poza cenzura pismo satyryczne "Strachy na Lachy" (w stopce napisano - adres redakcji jest znany redakcji). Numer zawierał sporo dowcipów z Radia Erewań w rodzaju:
- Przypuszcza się, ze Adam i Ewa byli pierwszymi socjalistycznymi ludźmi. Czy to prawda ?
- W zasadzie tak. Adam i Ewa ubierali się skąpo, mieli skromne potrzeby aprowizacyjne, nie mieli własnego mieszkania. A mimo to głęboko wierzyli, że żyją w raju.

W pierwszym numerze pisemka znalazł się wywiad z towarzyszem pierwszym sekretarzem Edwardem Gierkiem przeprowadzony w kwietniu 1980 r. Przed pierwszym sekretarzem stało jego obiad z daniami małorosyjski barszcz oraz kluski śląskie ułożone w portret Włodzimierza Iljicza Lenina.

W końcowym patetycznym monologu zdecydowanie odbiegającym od komediowej formuły filmu pada stwierdzenie "tradycją nazwać niczego nie możesz, ni ustanowić uchwałą specjalną (.) tradycja to nasza historia, której się nie zmieni". Zakończenie zmienia radykalnie klimat filmu, jest to przesłanie wołania o zmianę i nadzieja, że coś się zmieni. Jednocześnie ucieleśniający socjalizm miś wali się w błoto obryzgując brudem wszystkich obecnych. I zmycie tych pozostałości nie będzie bynajmniej łatwe.  

Piotr Pietrasz

"Jawprznicki Sokół" nr 5(51) miesięcznik Miejskiego Centrum Kultury i Sportu w Jaworznie

« Wracaj

Copyright © 2005-2010 Piotr Pietrasz