STANISŁAW BAREJA (3)
GUMOWY PRZYRZĄD REKREACYJNY

Chodzi mi o tę świnię, która pojawia się na ulicy i z tego wynika, że wszystko jest ześwinione, łącznie z ludźmi, że oni są zewnętrznie ze-świnieni. Nie zgadzam się z tym."

Reżyser Bohdan Poręba podczas kolaudacji "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz

Od tego odcinka jesteśmy już w pełni skrystali­zowanym świecie so­cjalizmu surrealistycz­nego stworzonego przez mistrza Bareję. Tu nic nie jest normalne, zwykle nie służy do tego, do czego zostało stworzone, a obywatele w znakomitej większości nie znają słowa prawda. Polska jest pod bliżej nieokreśloną okupacją, o czym przypominają subtelne aluzje twórcy np. o łapankach na mięso czy napis na murze "Hitler kaput" ("Co mi zrobisz jak mnie złapiesz"). W paradokumentalnych filmach Bareji, PRL to kraj powszechnego nieróbstwa (w "Brune­cie..." ścigający W.Pokorę Z.Kowalewski poznaje poszukiwanego po tym, że jako jedyny z pracowników MPO pracuje,.,) i pijaństwa, co potęguje sy­tuacje komiczne. A zanurzone w tych wszystkich absurdach i niesamowitościach toczy się życie bohaterów, ak­cja posuwa się do przodu i w różnych dziwnych kierunkach, robiąc wrażenie niekontrolowanej.

"Brunet wieczorową porą" (1976) to pierwszy z trzech filmów Stanisła­wa Barei, zrealizowanych wspólnie ze Stanisławem Tymem. Bohaterem tego pastiszu kryminału jest skromny korektor Michał Roman (Krzysztof Kowalewski), którego rodzina wybywa z domu na weekend, a on sam ma zamiar spokojnie popracować nad błę­dami książkowymi. Jednak następuje splot nieoczekiwanych wydarzeń, Naj­pierw odwiedzają go sąsiedzi z radiem, o które nie prosił; wieczorem, podczas emisji westernu "Poprzez prerie Ari­zony", gaśnie zapowiadane przez spi­kerów światło (nie posłuchano apeli telewizji o wyłączanie odbiorników w trakcie filmu dla odciążenia sieci) a później pojawia się cyganka wróżąca wygraną w totolotku oraz ... morderstwo dokonane na niespodziewanym gościu o czarnych włosach. Niesamowite prognozy potwierdzają się łącznie ze śmiercią tajemniczego osobnika z walizką pełną pieniędzy ("to ja, Krępak, że tak powiem"). Kryminalną zagadkę pomaga rozwiązać bohaterowi przyjaciel Michał (Wiesław Gołas). Jedna z bardziej udanych, to wyobrażona sce­na retrospekcji przestępstwa z morzem i góralem. Fascynujący finał to pościg za przestępcą z wykorzystaniem... syrenki. Zapewne nieprzypadkowo koń­cowe przesłanie filmu brzmiało "czer­wony kapelusz jest zawsze podejrzany" - to zdanie wypowiada Michał Roman stojąc obok przemalowanego na czer­wono fiata Milicji Obywatelskiej.

Pierwotnie rolę główną miał objąć Sta­nisław Tym, lecz po kłótni z Bareją nie tylko wycofał się z obsady, lecz nawet zażądał wycofania swego nazwiska z czołówki. Dlatego w napisach począt­kowych widnieje nieistniejący scena­rzysta Andrzej Kill (nazwisko pewnie wzięło się od morderstwa, popełnione­go w filmie). "Brunet ..." to parodia kryminału amerykańskiego, ale również wcześniejszych dokonań Bareji (serial "Kapitan Sowa", "Dotknięcie nocy"). Obok fascynującej intrygi atutem filmu jest zestaw scenek rodzajowych pozornie niezwiązanych z sobą, ale budujących obraz rzeczywistości bardzo prawdopodobnej (nie każda, ale wiele tych scenek mogło mieć miejsce w PRL). Nauczycielka każe dzieciom wrzucać pieniążki do fontanny (że niby nowa tradycja, na włoskiej licencji zresztą - jak symbol lat 70-tych fiaty "maluch" i "duży"), a potem Jan Himilsbach za te pieniądze kupuje tylko jedno piwo, narzekając na słabe przyjęcie się nowej tradycji. Pijak po przywiezieniu samochodem nowej flaszki w stanie mocno nietrzeźwym, kończy picie widząc białe samochody. Jan Kobuszewski w roli kierowcy MPO wygłasza przeróbkę nieśmiertelnego skeczu z kabaretu Dudek o majstrze i praktykancie.

Bareja kontynuuje żarty z kina polskie­go w duchu dowcipu z "Rejsu" o róż­nicach pomiędzy paleniem papierosa przez polskiego i amerykańskiego ak­tora. Najwięcej scenek tego typu ma miejsce podczas dyskusji z widzem w kinie, który widział film już cztery razy. Po prezentacji kolejnego odcin­ka westernu, w telewizji prezentowana jest komiczna i niezrozumiała dyskusja z udziałem krytyków filmowych - to prztyczek pod adresem pomysłodaw­ców określania kina Bareji jako "drobnomieszczańskiego".

Przy "Brunecie..." mamy szerzej rozwinięte przycinki do rzeczywistości społeczno-politycznej. Wykpiwany jest temat cenzury. W muzeum nauczycielka prezentuje dzieciom butelki z różnych wieków, przy użyciu których dziedzic rozpijał pańszczyźnianych chłopów (niedopowiedziane zostaje, kto rozpija lud aktualnie). Jest kpina z kreowania histo­rii w PRL - wy­myślony chłop, który wymyślił zegar na groch w ramach walki z uciskiem pańszczyźnianym (trzeba zmienić na formułę świecką, bo zegar mierzy czas w pacierzach). Na murze instytucji, do której bezskutecznie usiłuje dostać się Michał Roman jest nazwa "Wydaw­nictwo Handlu Wewnętrznego" (ujęcie jest widoczne wyłącznie z zastosowaniem stopklatki, czyli techniki, której nie mógł zastosować cenzor podczas kolaudacji). Według żony reżysera Stanisław Bareja uważał, że musi istnieć specjalne wydawnictwo wymyślające wszelkie idiotyzmy pojawiające się na metkach i instrukcjach obsługi towarów. W "Co mi zrobisz.." Roman Ferde wchodzi do ośrodka wczasowego wykorzystując taką instrukcję jako legitymację służbową.

Filmem szczególnie doświadczo­nym przez cenzurę było "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz". Podczas kolaudacji 9.12.1977 r. na 11 członków komisji aż 9 przyznało filmowi najgorszą IV kategorię artystyczną. Komedia nie otrzymała zgody Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk na rozpowszechnianie. Przemontowano bądź skrócono 17 scen a usunięto całkowicie 7 (łącznie 300 m taśmy). Wśród wyciętych scen znalazł się przytyk pod adresem "nowej świeckiej tradycji", czyli sekwencji składania kwiatów pod pomnikiem Sapera przez nowożeńców (wzorowany na rozwią­zaniach z ZSRR). W końcu film trafił do rozpowszechniania, ale wykona­no jedynie 6 kopii, chociaż wcześniej cenzura zezwoliła na 18 (od ilości ko­pii zależało do ilu kin trafi film i ilość emisji). Filmowi przyznano najniższą kategorię artystyczną, co oznaczało brak jakiejkolwiek promocji. Katego­ria oznaczała zróżnicowanie stawki za bilety - każdy widz filmu I kategorii przynosił 10 zł, a "Co mi zrobisz..." tylko 2 zł. W oparciu o te stawki obli­czano stawki przysługujące twórcom.

Stanisław Bareja przełamał opory wobec filmu w godny swoich scena­riuszy sposób. Podczas pobytu w RFN kupił wydaną na Zachodzie "Czarną księgę cenzury PRL", znalazł w niej telefon do dyrektora Zespołu Wido­wisk Radia i Telewizji Mieczysława Marcisza i po prostu zadzwonił do nie­go. Rozmowa telefoniczna i spotkanie przyniosło przełamanie blokady. Bohaterem "Co mi zrobisz..." jest prominent epoki późnego Gierka dy­rektor "Pol-Pimu" Tadeusz Krzakoski (Krzysztof Kowalewski), Podczas wizyty w Paryżu nieopatrznie zrobił dziecko Danusi (pamiętał, że na "D"") skoligaconej z kimś tajemniczym z sa­mej góry. Dla kariery i ratunku przed odwołaniem ze stanowiska planuje rozwód i małżeństwo z ciężarną Danu­sią. Dla zdobycia dowodu winy żony, dziennikarki telewizyjnej Anny (Ewa Wiśniewska) wysyła za nią z aparatem dawnego kolegę Romana Ferde (Bronisław Pawlik). Film ­dał okazję analiz efektywności gospodarki planowej (asystent Dudała na kolejne czwarte pytanie o poziom wykonania planu odpowiada "a kto to może wiedzieć"), problemów komunikacyjnych (opis drogi dojazdu do pracy zakończony stwierdzeniem "Góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się, jem śniadanie i idę spać."), problemów handlu detaliczne­go (scena w sklepie z awanturującymi się klientami i brudną ścierką). Mamy zawody lekarzy w ramach telewizyjne­go turnieju miast, hasła na bannerach zapełniające wtedy kraj ("Uśmiech każdego dziecka", "Służba zdrowia marginesowi społecznemu mówi nie"). Dziś wysoko ceni się ten film właśnie dzięki scenkom komediowym.

"Brunet wieczorową porą" był fryzowany trzykrotnie. W odstępach kilkutygodniowych. Za każ­dym razem film trzeba było rozmonto­wywać, na nowo przegrywać dialogi, sklejać. A, że to kosztowało dziesiątki tysięcy, nikogo nie bolała głowa. Pre­miera opóźniona o pół roku, płacono odsetki bankowi. (...) Poprzedni film "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz" spotkał okrutniejszy los. Najpierw film odłożono na półki a po nagłej zmia­nie szefa kinematografii zgodzono się na jego udostępnienie, ale tylko w 6 kopiach i za cenę usunięcia 300 me­trów. Co miałem zrobić! Nie ukazał się również plakat, chociaż był bardzo ładny: przedstawiał naturalistycznie namalowanego prosiaka z zapalonym lontem na ogonku." - narzekał na pro­blemy z cenzurą reżyser w wywiadzie pt. "Chłopiec do bicia" dla Filmu w 1981 r. Tworzenie kina zaliczane­go przez krytyków do kategorii kina moralnego niepokoju wymagało po­święceń i niszczyło zdrowie reżyse­ra odchorowującego każde spotkanie z cenzurą. Pierwszy zawał reżysera miał miejsce po nieudanej kolaudacji "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz".

Wielowątkowa konstrukcja dziel dojrzałego Bareji umożliwiała prezentację kilku wiodących postaci - w prak­tycznie każdym filmie był kombinujący prominent stanowiący namiastkę polityka oraz przegrany zwykły obywatel. "Bohaterów tych filmów [filmów Bareji z lat 70-tych] łączy to, że są ludźmi zaszczutymi. Zawsze człowiek trochę mówi sam o sobie. (...) Moi bohaterowie nie są zwycięzcami, nie ma happy endu, bohater nie dostaje wspaniałej dziewczyny, nie ma wielkich historii miłosnych, chociaż mężczyźni mają swoje kobiety." (wywiad dla tygodnika "itd." 1978 r.). Występują również żarty z wpływowych ówczesnych postaci - prezesa Radiokomitetu Macieja Szczepańskiego czy znanego dziennikarza "Trybuny Ludu", a póź­niej telewizji Michała Misiornego. Klimat rzeczywistości PRL według Bareji oddają najlepiej słowa wypowiedziane przez Romana Ferde jako uzupełnienie francuskiego komentarza "L'ordre regne a Varsovie" (tak francuski minister spraw zagranicznych zakończył relację o upadku Powstania Listopadowego w 1831 r.) zastosowa­nego jako ocena poziomu szkolnictwa. Słowa Romana Ferie "prawie porzą­dek" oznaczały nieopisany bałagan. Właśnie to sformułowanie zostało ostatnio wykorzystane w telewizyjnej kampanii reklamowej Kompanii Ży­wiec - "prawie robi wielką różnicę".

Na zwrot w zainteresowaniach re­żysera miała wpływ coraz większa współpraca z opozycją. W domu Bare­ji urządzona była ciemnia fotograficz­na, pracująca na potrzeby Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Najsłynniej­szym (i bardzo ryzykownym) wy­czynem reżysera było przewiezienie w sierpniu 1980 przez granicę maszy­ny drukarskiej zamaskowanej na dachu malucha. "Był chory na patriotyzm, miał w domu kompletną bibliotekę pa­ryskiej "Kultury", i każdego pobytu na Zachodzie coś przywoził Gdyby zasto­sować wobec niego PRL-owskie prawo, jestem pewien, że za to wszystko, co sprowadził z zagranicy, skazano by go na kilkakrotną karę śmierci. Zawsze się szczycił: w moim filmie nie padło nigdy słów towarzysz użyte wprost i z aprobatą " - wspominał przyjaciela Ja­cek Fedorowicz. Bareję przyrównywa­no do krytyki kapitalizmu w "Dyskretnym uroku burżuazji" Luisa Bunuela - z tym, ze Bunuel musiał wyszukiwać absurdy, a twórca "Misia" wystarczy, że się rozejrzał.

Piotr Pietrasz

"Jaworznicki Sokół" nr 4(50), miesięcznik Miejskiego Centrum Kultury i Sportu w Jaworznie

« Wracaj

Copyright © 2005-2010 Piotr Pietrasz