Czas GórnośląskiPĘKNIĘTY ŚWIATOPOGLĄD

"Coś mi pękło, robię ogląd A to pękł mi światopogląd
Przeżyjemy i to."

Piosenka studencka z lat 80-tych

Adam Michnik próbował wykreować siebie na autorytet moralny w. Próba udała się tylko częściowo - dla milionów sympatyków prawicy Michnik to postać dwuznaczna. Trudno spotykać się na przyjacielskich pogawędkach i imprezach towarzyskich i równocześnie być autorytetem dla antykomunistów. Jednak wielki mistrz etosu tolerancji i walki z ciemnogrodem ma licznych zastępców wśród części inteligencji odurzonej "Gazetą Wyborczą". Jednym z uczniów dążących do uzyskania pierwszego szczebla wtajemniczenia do osiągnięcia syndromu Michnika (specyficzna forma rozdwojenia osobowości politycznej) jest Jacek Żakowski, autor artykułu "Coś w Polsce pękło, coś się skończyło". Zapoznałem się z tą publikacją w "Sejmiku Samorządowym", ponieważ od jesieni 1990 zrezygnowałem z czytania "Gazety Wyborczej" W uzasadnieniu przedruku podano "tekst wywołał sporą dyskusję; wypowiadali się politycy, naukowcy, dziennikarze, osoby cieszące się autorytetem społecznym ". Nie istnieje żadna komisja nadająca certyfikaty na bycie autorytetem, własne autorytety wybieramy subiektywnie. Może dlatego nie podzielam opinii jakoby tekst Żakowskiego stanowił przewrót kopernikański w myśleniu elit politycznych.

Jacek ŻakowskiODKURZONY HONOR

Na wstępie autor wyciąga z lamusa i odkurza pojęcie "honor". Słusznie - skąd wychowane na kosmopolityzmie i kulcie pieniądza środowisko Unii Wolności ma wiedzieć, co to "honor". Żakowski opisuje wysokich urzędników państwowych łączących funkcje rządowe z członkostwem w radach nadzorczych. Z artykułu wyłania się obraz państwa przeżartego korupcją, rozdrapywanego przez elitę polityczną, penetrowanego przez służby specjalne obcych państw. Skąd my to znamy? Ależ tak! Niemal identyczną wizję polskiej rzeczywistości znajdujemy w "Lewym czerwcowym", "Konfidenci są wśród nas" lub w "Gazecie Polskiej". Autor oczywiście nic jest na tyle samokrytyczny aby przyznać, że jego dziełko stanowi plagiat. Niegdyś "Wyborcza" osądziła te książki od czci i wiary. W artykułach "Paranoicy są wśród nas" oraz "Krucjata Bournc'a. czyli Ludlum po polsku" organ Michnika sprowadził wartość poznawczą obu książek do sensacyjnych opowiastek szaleńców wierzących w spiski. "Wyborcza" et con-sortes mają inne autorytety - przed opublikowaniem "GW" przedrukowała fragmenty książki gen. Kiszczaka. Radio "Zet" nadało biograficzną książkę .M. Zacharskiego "Był szpiegiem". Co do "Gazety Polskiej" - kilka miesięcy temu "GW" straszyła przedsiębiorstwa publikujące ogłoszenia w tygodniku P.Wierzbickiego sądem. Podobno każdy zamieszczający ogłoszenie w "Gazecie Polskiej" był współwinny przestępstwa polegającego na publikacji tzw. listy konfidentów. A co z ogłoszeniami (płatnymi ART "B" w "Gazecie Wyborczej"?

JĄDRO PAŃSTWA

Dla Żakowskiego główny problem to "osłabienie etycznej wrażliwości w samym jądrze państwa". Dziennikarz ubolewa, że "fiasko poniosła rewolucja etyczna, która wielu z nas wydawała się być oczywistą konsekwencją końca realsocjalizmu". Wprawdzie to sformułowanie w artykule nie pada, ale z treści jasno wynika, że obecna elita polityczna podejrzanie upodobniła się do "czerwonych pająków", właścicieli PRL. Tu powstaje pytanie - czy to rzeczywiście nowe elity polityczne? Ministrami i posłami zwykle byli ludzie z elit solidarnościowych. Chód tu także były wyjątki - dawna aktywistka PZPR Henryka Bochniarz jako minister w rządzie Bieleckiego, członek PZPR Bogusław Liberadzki jako minister transportu w rządach solidarnościowych, były reprezentant "czerwonych" przy okrągłym stole Andrzej Olechowski jako minister w rządach Olszewskiego i Pawlaka. A co na niższym szczeblu? Niedawno aresztowany pod zarzutem płatnej protekcji dyrektor Departamentu Reprywatyzacji w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych (pracował tam za rządu Suchockiej), wcześniej omal nie został przewodniczącym ZSMP. Sporządzona w styczniu 1993r. lista członków PSL Pawlaka zajmujących wysokie stanowiska w Urzędzie Rady Ministrów liczyła kilkadziesiąt nazwisk. Partiom tworzącym rząd Suchockiej nic przeszkadzała obecność byłych aktywistów PZPR i ZSL w centrum władzy. Zgodnie z filozofią grubej kreski jak pisze Żakowski "Kiedy w 1989 roku dokonywał się przełom, na żądzę rewanżu i zemsty odpowiadaliśmy; że w Polsce zmieniać trzeba przede wszystkim system - nie ludzi, bo złu tęga świata winne są destrukcyjne mechanizmy, wzmacniające gorszą stronę ułomnej człowieczej natury". Autor na dramatyczne pytanie o przyczyny kontynuacji peerelowskiego  "załatwiania", "kombinowania" i "wzajemnej pomocy" sam udziela sobie odpowiedzi "Dziś widzę, że zmiany (...) nie poszły dość daleko i duża część "nowych, zdrowych ludzi" duła się wessać w świat reguł poprzedniego systemu". Byli ludzie podsuwający nowym ministrom z "etosu" "tańsze" meble, "okazyjne" mieszkania, garnitury z "odrzutu", atrakcyjne wakacje itp. Ktoś konkretny ponosi odpowiedzialność za pozostawanie tych ludzi. Tadeusz Mazowiecki usunął z rządu czerwonych generałów (Siwicki, Kiszczak) gdy wisiała w powietrzu kampania prezydencka. Ale inni postpeerelowscy urzędnicy pozostali. Waldemar Kuczyński jako Minister Przekształceń Własnościowych pozostawił na stanowiskach nawet doradców odziedziczonych po rządzie Rakowskiego. Dopiero premier Jan Krzysztof Bielecki rozpoczął likwidacje przywilejów członków rządu odziedziczony po PRL.

MAZOWIECKI JEST CZYSTY

Znaczną część artykułu autor poświęca wybielaniu rządu Mazowieckiego i dowodzeniu, że źródłem tytułowego "pęknięcia" nie był "pierwszy niekomunistyczny gabinet". Zło zaczęto się od... rządu Bieleckiego. Główni winowajcy to Porozumienie Centrum, najbardziej bulwersują michnikowego dziennikarza sprawy "Telegrafu" i Fundacji Prasowej "Solidarności". Żakowskiego nie obchodzi, że (mimo nacisków ze strony Belwederu i Unii Demokratycznej) pierwszą sprawę zamknięto nie stwierdzając naruszenia prawa a postępowanie w drugiej drepcze w miejscu w skutek niestwierdzenia przestępstwa. Według Żakowskiego termin "spółka nomenklaturowa" pojawiła się w prasie dopiero po podpisaniu kontraktu między włoską firmą a sekretarzem Kancelarii Prezydenta RP w 1991r. Wyznaczenia podwładnego A. Michnika w tym fragmencie rażą prostactwem i absurdalnością. Spółki nomenklaturowe pojawiły się w Polsce w 1988r. na fali reform socjalizmu za Rakowskiego i Messnera. Tworzyła je nomenklatura komunistyczna zawłaszczając majątek państwa w oparciu o luki prawne. Oczywiście wg dziennikarza "Wyborczej" Unia Demokratyczna nie ponosi za tą sytuację żadnej winy. Tymczasem w numerach "Wyborczej" l 1989r. możemy przeczytać liczne uzasadnienia procesu uwłaszczenia nomenklatury komunistycznej. Minister Jacek Kuroń wykorzystywał publiczną telewizjo dla reklamy swojej osoby i prywatnej fundacji charytatywnej.

Forsowany przez rząd Suchockiej Program Powszechnej Prywatyzacji okazał się drugą po spółkach skarbu państwa kopalnia ciepłych posad dla kolegów "z etosu". Dziś twórcy PPP z UW maja za złe politykom SLD i PSL, że wykorzystują okazję i obsadzają rady Na rodowych Funduszy Inwestycyjnych swoimi ludźmi. Słusznie zauważa Żakowski, że "... posady w radach Stały się łupem politycznym tych, którzy przyjmują władzę ". Oczywiście dziennikarz. "GW" nie zanegował stworzonego przez środowiska UD mechanizmu prywatyzacji stwarzającego pokusę; korupcji. Tego udało się uniknąć" np. w Czechach stosując prywatyzację kuponową wymyśloną przez ... Lewandowskiego (!). Cudze chwalicie, swego nie znacie ...

Redaktor Żakowski ubolewa, że ludzie "Solidarności" na stanowiskach rządowych nie umieli dochować wierności kryształowym ideałom rewolucji. Aby przewidzieć taki efekt wystarczy elementarna znajomość praw historii i socjologii. Jeżeli zwycięzcy nie mieli woli przeprowadzania autentycznych przemian i wchodzili do systemu stworzonego przez dawnych władców, szybko się do nich upodabniali.

W zakończeniu artykułu redaktor Żakowski wzywa do bolesnej i szczerej rozmowy o tym co się stało. Równocześnie w przedostatnim akapicie demaskuje winnych stanu państwa wśród "lustratorów" i "przyspieszaczy" używających określeń, że "władza to złodzieje" i "nowa nomenklatura". A przecież na sąsiedniej stronie pan Żakowski sam to napisał. Oczywiście nie wprost, jako intelektualista Formacji michnikowskiej owinął w bawełnę i rozciągnął to proste stwierdzenie na pół szpalty. Znowu nie ma winnego wśród UD są tylko molierowskie świętoszki. A kto walczył z "katolickim ciemnogrodem", wymyślał "fakty prasowe" na przeciwników politycznych, kłamał w "Gazecie Wyborczej" w okresie obalania rządu Olszewskiego, wymyślił określenia "opozycję anty państwowa" (to o centroprawicy) i "proreformatorskie ugrupowania" (to o SLD i PSL).Gdy Lech Wałęsa używał służb specjalnych (sprawa Dobrzyńskiego) i oddziałów prewencji (4 czerwca 1993) do walki z centroprawicowa opozycją, środowiska Unii Demokratycznej biły brawo. Tytuł "Spałowana nienawiść" otwierający materiał w "Gazecie Wyborczej" poświęcony antykomunistycznej demonstracji w rocznicę obalenia jedynego rządu centroprawicy mówi sam za siebie. "Wyborcza" nawiązała do "najlepszych" tradycji prasy stanu wojennego przed stawiając demonstrantów jako bandę antysemitów i pijaków. Wyrażony przez dziennikarzy Michnika entuzjazm dla spałowania przeciwników politycznych powinien coś przypomnieć szefowi "GW". Wiem, że skala mniejsza niż w 1968, ale zachowa nie części prasy identyczne.

Reasumując - rachunek, sumienia i bicie się w piersi zaprezentowane przez pana Żakowskiego nie zasługują na poważne traktowanie. Pan Żakowski najchętniej uderza w cudze piersi, a jego sumienie ma konsystencję gumy. Jeżeli artykuł miał służyć zasypywaniu podziałów dla odtworzenia obozu posierpniowego na wybory prezydenckie, to autor poniósł kompletne fiasko. Chyba, że cel był inny. "Gazeta Wyborcza" niemal od swego powstania lansuje pomysł utworzenia bloku lewicowych elit "Solidarności" i liberalnego skrzydła PZPR. Środowisko  organu Michnika jest przeciwne porozumieniu Unii  Wolności z prawicą i "Solidarnością" w kwestii wspólnego kandydata na Prezydenta RP. Lansowany przez "GW" od dłuższego czasu Jacek Kuroń (sporo obszernych publikacji) jest nie do przyjęcia dla prawicy. I redaktorzy "Wyborczej" o tym wiedzą.

Na prawicy toczy się dyskusja na temat czy istnieje sens budowania z Unia Wolności na wybory prezydenckie. Artykuł Żakowskiego pokazuje, że ta dyskusja to strata czasu. Unii Wolności "pękł światopogląd" a przez powstały otwór w etosie wyszły "czerwone pająki schowane pod "grubą kreską".

Piotr Pietrasz

"Czas Górnośląski" nr 1/41 z dnia 28.11.1994 r., dwutygodnik Górnośląskiego Towarzystwa Gospodarczego

« Wracaj

Copyright © 2005-2010 Piotr Pietrasz